W imię miłości – 27. Festiwal Kultury Żydowskiej

Zrywanie ze stereotypami, pokazywanie bogactwa, jakie drzemie w różnorodności, przerzucanie mostów, to cechy charakterystyczne Festiwalu Kultury Żydowskiej. Dzięki niemu krakowski Kazimierz od lat zamienia się na ok. tydzień w bijące serce społeczności, która przekazuje uczestnikom to, co w kulturze żydowskiej najlepsze i najcenniejsze.

27. edycja poświęcona była Jerozolimie, na której obraz składa się wiele warstw znajdujących odbicie w Festiwalu. Program został ułożony tak, by poprzez muzykę, ale też wykłady, warsztaty czy wystawy stworzyć spójny obraz miejsca, które jest czymś więcej niż miastem – jak pisali organizatorzy, ale stanem umysłu, emocji i uczuć. Starannie dobrana muzyka miała otwierać przed nami kolejne bramy Jerozolimy. Odzwierciedlała zróżnicowanie i ogrom barw tego miasta o wielu obliczach. Nie było mi dane uczestniczyć we wszystkich festiwalowych koncertach, jednak to, co usłyszałam stanowi reprezentacyjną próbkę. Tygodniowa przygoda z muzyką rozpoczęła się 26 czerwca i trwała do 2 lipca. Każdego wieczoru dla publiczności otwierana była kolejna metaforyczna brama. Jedną z najważniejszych, była brama miłości: „To bardzo nietypowo dzisiaj brzmi – miłość, ale to właśnie miłości nam nade wszystko na tym świecie potrzeba. My nie potrzebujemy nienawiści, uprzedzeń, antysemityzmu, ksenofobii, nie potrzebujemy chorego nacjonalizmy. My potrzebujemy miłości. Festiwal Kultury Żydowskiej jest żydowską bramą Krakowa, jest też bramą miłości” – to słowa dyrektora Festiwalu Janusza Makucha, bardzo znaczące i chyba najlepiej podsumowujące tegoroczną edycję.

Janusz Makuch, fot. materiały prasowe

Opętani” miłością

Przesłanie dotyczące miłości najlepiej i najpełniej odzwierciedlał indyjsko-izraelski projekt „Junun”, który stworzyli: Izraelczyk Shye Ben-Tzur, Jonny Greenwood z Radiohead (którego na koncercie zabrakło) oraz hinduski zespół The Rajasthan Express. Słowo „junun” oznacza szaleństwo/opętanie miłością, którego można było doświadczyć podczas koncertu, muzyka bowiem tak zawładnęła publicznością, że znaczna jej część poderwała się z ławek, by tańczyć. Sporej grupie muzyków ubranej w tradycyjne stroje towarzyszyło bogate instrumentarium: rozbudowana sekcja dęta, gitara lidera chwilami wymieniana na flet, bębny, piszczałki, grzechotka klartali i fisharmonie, do tego charyzmatyczny śpiew. Usłyszeliśmy przede wszystkim kompozycje Ben Tzura, który łączy muzykę żydowską oraz qawwali, do tego wszystkiego należy dodać wpływy muzyki hinduskiej, zwłaszcza perkusyjne popisy rodem z południowych Indii, czy żywiołowe afrykańskie rytmy. Tradycyjne zaśpiewy, hipnotyczne brzmienia i ruchy, oraz wspaniale oświetlone wnętrze synagogi Tempel sprawiały, że w powietrzu unosił się mistycyzm. Niesamowity to był wieczór, godny światowej sceny i zdecydowanie warty powtórzenia.

Szczypta dekonstrukcji

Nieco wcześniej w tym samym miejscu atmosferę zaognił zespół Paula Shapiro prezentujący projekt „Shofarot Verses”. Już od pierwszych dźwięków dało się usłyszeć jaka wytwórnia stoi za ostatnią płytą saksofonisty. Charakterystyczny i niepowtarzalny duch muzyki Johna Zorna obecny w płytach, które wychodzą z wytwórni Tzadik, zdecydowanie obecny był tego wieczoru. Sharpio wyróżnia się jednak w tym szacownym „zornowskim” gronie cieplejszym brzmieniem, muzyką bardziej otwartą i zdecydowanie przystępniejszą dla szerokiego grona odbiorców. W swoich kompozycjach saksofonista fantastycznie łączy tradycyjne elementy muzyki żydowskiej ze współczesnymi brzmieniami, głównie z jazzem. Każda, nawet najprostsza melodia w jego aranżacji staje się przygodą, którą publiczność z zainteresowaniem śledzi od pierwszego, do ostatniego dźwięku. O sukcesie Sharpio decyduje też doskonały zespół, na scenie obok lidera pojawiła się wyśmienita sekcja: Brad Jones na kontrabasie, który kilkakrotnie pokazał na co go stać oraz Tony Lewis na perkusji, który na zakończenie zaserwował soczystą solówkę. Jednak obok lidera jako frontman wystąpiła jeszcze jedna niezwykle ważna postać. Był to gitarzysta Brandon Seabrook i to on, w tej stosunkowo spokojnej i ułożonej muzyce był absolutną bombą z opóźnionym zapłonem. Niesamowita energia, nieprzewidywalność i rewelacyjne improwizacje wprowadzały tę muzykę na zupełnie inny, nieco bardziej abstrakcyjny poziom. Gitarzysta był tym elementem „wywrotowym”, „szaleńcem”, który rozsadza uporządkowane struktury od środka, ale robi to w sposób mądry, przysługując się całości. Kiedy grał, robił to całym sobą całkowicie zatracając się w muzyce, a nad jego „odlotami” cały czas czuwali pozostali członkowie zespołu.

W kręgu klasyki

Festiwal rozpoczął się jednak od bardziej klasycznych, klezmerskich brzmień. Pochodzący ze Stanów Zjednoczonych zespół Veretski Pass zaprezentował projekt „Poyln” będący ukłonem w stronę żydowskiej i polskiej spuścizny muzycznej. Trio we współpracy z klarnecistą Joelem Rubinem umiejętnie przearanżowało polskie melodie ludowe ujmując je w ramy tradycyjnej muzyki klezmerskiej. Artyści przefiltrowali przez własne doświadczenie oberki, kujawiaki, krakowiaki czy polki tworząc pomost łączący dwa muzyczne światy, pomost solidny, spójny, oparty na mocnym fundamencie. „Poyln” to czysta forma podana z lekkością i polotem w sposób równie piękny, co mądry.

Zaczynając od jazzu, na muzyce klubowej kończąc

Również pierwszego wieczoru w Teatrze Nowym wystąpił izraelski pianista Nitai Hershkovits. Do tej pory znałam go głównie z jazzowego kontekstu jako młodego, ale bardzo utalentowanego instrumentalistę i kompozytora, któremu rozgłos przyniosła współpraca ze słynnym kontrabasistą i pobratymcem – Avishaiem Cohenem. Panowie nagrali w duecie bardzo dobry krążek dla prestiżowego Blue Note. Debiutancki album Nitaia „I ask you a question” to z kolei spotkanie jazzu z elektroniką, które okazało się zaczątkiem dłuższej współpracy pianisty i berlińskiego producenta Rejoicera. Panowie eksplorując bezkresy muzyki elektronicznej zaprosili do współpracy saksofonistę Eyala Talmudiego dając początek nowemu, zupełnie nietuzinkowemu projektowi „The Grove”, który usłyszeliśmy na FKŻ. Od początku do końca była to pasjonująca i trzymająca w napięciu historia, która czasami wprawiała w lekki trans, chwilami zaś aż podrywała z krzesła, by zatracić się w szalonym tańcu. Pianista i saksofonista co rusz oddawali się improwizacji, którą dopełniały sample i beaty generowane przez Rejoicera. Było to świetne i dobrze wyważone połączenie, w którym na plan pierwszy wysuwały się elementy jazzu, muzyki klubowej, a nawet folku. Zakończenie, które muzycy zgotowali siedzącej w Teatrze publiczności było iście klubowe, aż żal, że nie mogliśmy wszyscy przenieść się do bardziej sprzyjającego takim brzmieniom miejsca i szaleć do rana.

Intymna podróż

Również w Teatrze Nowym do swojej intymnej podróży zaprosił znany już festiwalowej publiczności Ori Alboher. To artysta, który zachwyca i ujmuje każdym tworzonym dźwiękiem. Choć z pozoru forma jego kompozycji jest prosta, a przez swoją przystępność i melodyjność może kojarzyć się z popową piosenką, muzyk w żadnym wypadku nie daje się takiej klasyfikacji podporządkować. To, co charakteryzuje jego twórczość to minimalizm, delikatność i eklektyzm. Pozornie krucha muzyka oparta jest na mnogości solidnych detali, które wokalista z pasją tworzy podczas, w dużej mierze, improwizowanych występów. Ciężki do opisania jest jego wokal, niby delikatny, wycofany, a jednak silny, co rusz zaskakujący i wybrzmiewający w sposób, jakiego byśmy się po nim nie spodziewali. Dodatkowo artysta „bawi się” – przesterowuje głos, nakłada go na siebie tworząc ciekawe dialogi, w których jego kruchy wokal nabiera wielkiej mocy. Zapętla swoją muzykę, żongluje samplami, eksperymentuje i tworzy zdecydowane beaty, które w dziwny sposób pasują do jego delikatnego głosu. Ori – świetny pianista, więcej czasu spędził przy swojej aparaturze niż przy fortepianie tworząc brzmienia hipnotyzujące, przepełnione melancholią i spokojem. Ambientowa przestrzeń, sporo elektroniki, szczypta popu, tak w dużym uproszczeniu można określić to, co zaprezentował Izraelczyk. Jego muzycznym poczynaniom towarzyszyły wizualizacje – oniryczne obrazy i grafiki stworzone przez Kiritana Fluxa. To był pięknie dziwny koncert.

Baterie w pełni naładowane

Zwieńczeniem Festiwalu było święto muzyki przy ulicy Szerokiej. Podczas jednego wieczoru na scenie zaprezentowali się artyści tegorocznej edycji. Było to niejako podsumowanie tego, co działo przez cały tydzień, była to też podróż przez kolejne muzyczne bramy Jerozolimy, o których tyle opowiadał Janusz Makuch każdego festiwalowego dnia. Ogrom muzycznej różnorodności, wielość tradycji,żywiołowość i radość, tak krótko można opisać finał 27. FKŻ. Była to fantastyczna edycja, obfitująca w ciekawą muzykę i kilka niesamowitych koncertów z projektem „Junun” na czele. Teraz pozostaje czekać do przyszłego roku!

Mery Zimny